– Gdybym nie czerpał z tego satysfakcji, nie rozmawialibyśmy. A czerpię już z tych najmniejszych rzeczy, jak uśmiech dziecka, jak i większych w postaci obserwowania rozwoju młodego zawodnika, o którym wiem, jaką drogę przeszedł, ile się nauczył – mówi Adam Wąwoźny ze Szkółki Piłkarskiej Hattrick
Artur Lawrenc: Co Twoim zdaniem kryje się pod pojęciem „trener”?
Adam Wąwoźny: Osoba do zadań specjalnych, wielozadaniowiec, nauczyciel, wychowawca. Zależnie od tego, z jaką grupą jest związany. Inaczej jest, kiedy pracujesz z maluszkami, a inaczej, gdy po drugiej stronie są młodzieży, czy seniorzy.
Kiedy Ty poczułeś, że rola trenera jest dla Ciebie?
Zalążkiem tego był wybór studiów, czyli wychowanie fizyczne. Niekoniecznie już wtedy myślałem o trenerce, ale wiedziałem, że chcę związać swoje życie zawodowe z pracą z dziećmi i młodzieżą. Natomiast w trakcie studiów ukończyłem kurs instruktorski, czyli zdobyłem formalne uprawnienia do bycia trenerem.
Gdzie postawiłeś swoje pierwsze kroki?
Moja przygoda zaczęła się w 2013 r. w nowosolskim oddziale Akademii Piłkarskiej Falubaz od bycia asystentem trenera. Dalej jako główny trener pracowałem z dziećmi kat. skrzat i żak. W 2018 roku w kwietniu ukończyłem kurs UEFA B, który poszerzył zakres moich uprawnień, a od sierpnia tego samego roku prowadzę Szkółkę Piłkarską Hattrick.
Kiedy zacząłeś myśleć o założeniu własnej szkółki i co Ciebie do tego skłoniło?
Pomysł pojawił się pod koniec 2017 roku. Byłem już kilka lat w Falubazie, dużo obserwowałem, miałem coraz więcej własnych pomysłów i przemyśleń dotyczących szkolenia dzieci i młodzieży, które chciałem zastosować. Pojawiały się sygnały od rodziców. Podjąłem to wyzwanie i uważam, że moje metody sprawdzają się i przynoszą realne efekty. Do tej pory miałem okazję prowadzić zajęcia w pięciu kategoriach wiekowych, od najmłodszych do trampkarza. A dalej – zobaczymy, co przyniesie czas. Póki co mam wciąż wiele do zrobienia tu, gdzie jestem i będę się na tym koncentrował.
Czym dla Ciebie jest ta praca i gdzie jest źródło największej satysfakcji?
To więcej niż praca. To realizacja pasji, przekazywanie wiedzy, pomaganie, poznawanie ludzi, nieustanna nauka. To dzielenie się radościami i smutkami z podopiecznymi. Gdybym nie czerpał z tego satysfakcji, nie rozmawialibyśmy dziś. A czerpię już z tych najmniejszych rzeczy. Mam na myśli uśmiech dziecka, jego każdy mały indywidualny sukces, niekoniecznie piłkarski, bo na bieżąco widzę, jak się rozwija. Patrzę np. na siedmiolatka i wiem, jaką drogę przeszedł w ciągu wcześniejszych trzech lat, ile się nauczył. Satysfakcja to pozytywne reakcje rodziców i dzieci, np. zdanie „trenerze, ale było fajnie, szkoda, że już koniec”. To mnie napędza do działania.
Powiedziałeś o tej multizadaniowości trenera. Jak to w praktyce wygląda?
Większość ról w ramach bycia trenerem się pokrywa, natomiast różnice wynikają z wieku zawodników w grupie, z którą się pracuje. Ze skrzatami śmiejemy się, bawimy, zachęcamy do sportu, rozmawiamy, wygłupiamy się, ale też wiążemy buty, podajemy chusteczkę, odprowadzamy do mamy, odkręcamy butelkę. Proste czynności, dużo uwagi i zainteresowania, opieka, której potrzebują dzieci w wieku przedszkolnym. Często to wygląda tak, że klękamy przy dziecku, aby rozmawiać z nim „na tym samym poziomie”. A im starsza grupa, tym więcej nowych zadań, także tych bardziej zaawansowanych piłkarsko, bazujących na wypracowanej bazie, plus analiza i wspólne szukanie rozwiązań. Najmłodszych wprowadzamy w świat sportu, a wśród nieco starszych bardziej koordynujemy działania grupy, tak aby zawodnicy sami kreowali jak najwięcej rozwiązań, bo to uczy bardziej niż wykonywanie poleceń.
Jakie predyspozycje powinien mieć taki trener jak Ty?
Przede wszystkim odpowiedzialność, komunikatywność, cierpliwość. Dalej kreatywność, wyrozumiałość, sprawiedliwość. Trener powinien być uśmiechnięty, aby przyciągać do siebie młodych ludzi.
Do cech osobistych dochodzą pewnie narzędzia trenerskie zdobyte na uczelni czy na kursach. Czy te dwa światy – teorii i praktyki, mocno się od siebie różnią?
Teoria sama w sobie nie jest niczym złym, trzeba ją poznać, aby móc wdrażać w praktyce. Różnice widać wtedy, gdy na kursach pokazuje się ćwiczenia realizowane z grupą chłopców na zbliżonym poziomie. W rzeczywistości pracujemy z dziećmi na bardzo różnym poziomie rozwoju sprawności fizycznej. Stąd ważna jest umiejętność praktykowania i modelowania treningu względem zróżnicowania grupy, w której są zarówno dzieci rozpoczynające przygodę ze sportem, jak i ćwiczące dłużej. I tego uczymy się sami w praktyce.
Zgodzisz się ze mną, że trener, jak nauczyciel, wypełnia odpowiedzialną misję? A jeśli tak, to czy jest to motywacją, czy obciążeniem?
Po części się z tym zgodzę, bo odpowiedzialność jest olbrzymia. Natomiast wszystko zależy od podejścia danej osoby. Dla mnie bycie trenerem to nie tylko wejście na trening trwający 60-90 min. To też czas przygotowania do zajęć, analizy po nich, czas poświęcony na rozmowy z zawodnikami, wyjazdy na mecze, turnieje. Stwarzając młodym ludziom środowisko do uprawiania sportu budujemy wzajemne zaufanie. Chłopiec wpada na boisko, przybija ze mną piątkę i nie może się doczekać rozpoczęcia – to daje poczucie odpowiedzialności i świadomość, że muszę właściwie komunikować się z pojedynczymi dziećmi, jak i z całą grupą. Odpowiedzialność jest też na linii trener – rodzic, bo rodzice, pozostawiając z nami swoje dzieci, obdarzają nas ogromnym zaufaniem. Mnie to wszystko motywuje.
Funkcjonujesz w środowisku, w którym każdy ma wobec Ciebie oczekiwania: system, który Ciebie wyszkolił, rodzice, dzieci. A jeszcze masz swoje własne. Czy te oczekiwania się ze sobą gryzą?
Na pewno są mocno zależne od siebie. Moim celem jest to, aby współpraca na linii trener – zawodnik/rodzic była jasna dla wszystkich stron. Zawsze mówię o tym, jak prowadzę zajęcia, czego wymagam, jak widzę współpracę. Stawiam sprawę jasno i bez tajemnic. Szukamy rozwiązań, jeśli pojawiają się trudności, tak aby każdy był usatysfakcjonowany. Zarówno moim, jak i rodzica celem jest dobro dziecka, dlatego zawsze się dogadamy.
W rozmowie z trenerem lekkoatletyki A. Draczyńskim wybrzmiał pewien problem – mianowicie chodzi mi o opisywany często w różnych raportach spadający poziom aktywności fizycznej wśród dzieci i ich gorsze przygotowanie do sportu. Też się z tym borykasz?
Do raportów podchodzę z dystansem, bo są robione na szeroką skalę, a tym samym są bardzo ogólne, ale częściowo się z tym zgadzam. Kiedyś wymagania stawiane dzieciom były większe i dziś już samo zachęcenie niektórych do aktywności jest sukcesem. Bierze się to np. z chorób cywilizacyjnych, nieograniczonego dostępu do technologii, internetu. Generalizowanie jest krzywdzące, ale faktycznie tendencja jest spadkowa.
Kraje Skandynawskie, czy Słowenia pokazują, że można to zmienić. Słyną z tego, że są bardzo aktywnym społeczeństwem. Widzisz sposób, żeby przenieść to na polski grunt?
Czytałem o rozwiązaniach norweskich, kraju o kilka razy mniejszej populacji niż Polska, gdzie ok. 90 proc. dzieciaków aktywnie spędza czas wolny, uprawiając różne dyscypliny, jak np. tenis, biegi, jazda na rowerze. Norwegowie zainwestowali w infrastrukturę, do której jest olbrzymi dostęp, a po stronie klubów pozostaje zachęcanie do korzystania z tego. Potrafią np. podstawiać busa pod szkołę i zabierać zawodników na trening. Ważne są czynniki ekonomiczno-gospodarcze. Gdy pracujesz na dwa etaty, nie dowieziesz dziecka na zajęcia. W Norwegii zarobki są na dobrym poziomie i nie trzeba tyle pracować. To ułatwia znalezienie czasu na swoją aktywność, co efektem domina przekłada się na ich dzieci, które chętnie naśladują dorosłych. Mama chodzi na trening, kolega też chodzi — więc ja również pójdę. Nie jest to nieosiągalne, jednak wymaga zmian systemowych.
Dziękuję za rozmowę.












