Dziś gościliśmy w domu wyjątkowej mieszkanki Nowej Soli, u szanownej solenizantki Janiny Romanczukiewicz, która dożyła tego zupełnie wyjątkowego wieku.
– To, że mogę reprezentować tu dziś nowosolan i złożyć pani ogromne gratulacje i życzenia, jest dla mnie zaszczytem. Zawsze, każde setne urodziny naszego mieszkańca traktuję jako ważne dla Nowej Soli wydarzenie – mówiła na urodzinach Pani Janiny prezydent Beata Kulczycka, której towarzyszyli, jak zawsze, kierownik USC Arletta Masłowska oraz wiceprzewodniczący rady miasta Bogdan Mikulski.

Historia życia pani Janiny i jej rodziny spisana przez wnuka Łukasza:

Stulecie Janiny Romanczukiewicz: Saga o Sile, Rodzinie i Przetrwaniu

Dzisiejszy jubileusz to nie tylko świętowanie setnej rocznicy urodzin naszej ukochanej mamy, babci i prababci Janki, ale przede wszystkim podróż przez cały wiek historii, która swój początek miała w zupełnie innym świecie…

Janina Romanczukiewicz, z domu Soroczyńska, jest żywym świadectwem losów, które ukształtowały współczesną Polskę. Jej życie to mozaika wspomnień o zapachu wędlin z domu z terenów dzisiejszej Ukrainy, huku wojennych kul, trudach przesiedlenia i budowaniu nowego życia w nowej Polsce, w Nowej Soli.

Korzenie w miejscowości Dolina, na terenach obecnej zachodniej Ukrainy

Wszystko zaczęło się w miejscowości Dolina, w powiecie Stanisławów, przy ulicy Nowiczka pod numerem 241. Dziś to wieś licząca 1700 mieszkańców, z pocztą i warsztatem samochodowym. Dolina została założona w 10. wieku na terenach bogatych w złoża… soli.

Babcia przyszła na świat w drewnianym domu, który był sercem licznej rodziny Soroczyńskich. Choć ojca Bronisława Soroczyńskiego nie dane jej było poznać, gdyż zmarł, gdy miała zaledwie rok.

Jej dzieciństwo wypełniła obecność mamy Karoliny oraz taty Rudolfa Sebastiana. Rodzina była ogromna – Babcia wychowywała się wśród siedmiorga rodzeństwa, dzieląc codzienność ze Stefanią, Stanisławem, Ireną, Krystyną, Julianem, Edwardem i Józefem.

Życie w Dolinie kręciło się wokół pracy i zaradności rodziców. Mama Karolina, z domu Wajman, była kobietą niezwykle silną i przedsiębiorczą – zajmowała się rzeźnictwem, a jej wyroby, jak legendarne „zające”, kaszanki i kiełbasy, cieszyły się uznaniem w całym mieście. Babcia do dziś wspomina, jak rano ładowano wyroby na wóz i wieziono je do sklepu cioci Zuzanny Regner, gdzie sprzedawano je okolicznym mieszkańcom. Z kolei tata Rudolf był szanowanym kolejarzem, pełniącym funkcję dróżnika. Babcia z dumą wspomina go w mundurze podczas uroczystości 3 maja, kiedy to kolejarska służba prezentowała się równie godnie jak wojsko. To on dbał o bezpieczeństwo na szlabanach, pilnując, by nikt nie ucierpiał na przejazdach.

Babcia wspomina swoje dzieciństwo jako szczęśliwe, pełne wspólnych zabaw z rodzeństwem, nad którymi czuwał wujek – komendant policji, odwiedzający ich na pięknym koniu.

Babcia opowiedziała swoją historię w wywiadzie, który został uwieczniony w 2 godzinnym filmie o Jej losach. Wywiad można zobaczyć, klikając kody QR na tablicy.

Szkoła i pierwsze przyjaźnie

Edukacja Babci odbywała się w szkole, do której miała około półtora kilometra drogi. Ukończyła sześć klas szkoły powszechnej, co w tamtych czasach było solidnym fundamentem. Najwięcej czasu poświęcała nauce języka polskiego. Jubilatka do dziś z wielką precyzją wymienia nazwiska swoich nauczycielek: panie Woźniakową i Cekalską, a także wspomina swoją najlepszą przyjaciółkę, Marycię Antonowicz. W tamtym czasie jej świat był poukładany i bezpieczny, aż do momentu, gdy historia upomniała się o swoje prawa.

Wojenna zawierucha

Wojna wkroczyła w życie Babci, gdy miała około 13 lat. Pamięta moment, gdy kule zaczęły świszczeć nad polami podczas żniw, zmuszając wszystkich do ucieczki do pobliskiego lasku i rowów z wodą. Tam chowali się przed śmiercią. Największym dramatem było jednak aresztowanie rodziców przez Rosjan. Pewnej nocy, rosyjscy żołnierze z karabinami wpadli do domu, zabierając tatę Rudolfa. Najmłodszy ich syn miał wtedy miesiąc. Tata Rudolf trafił do więzienia w Stanisławowie, potem na Syberię, a ostatecznie do Armii Andersa, z którą jako saper przeszedł cały szlak bojowy, poprzez Tobruk w Afryce, Monte Cassino w Europie, aż po Anglię.

Po trzech latach Rosjanie zabrali również mamę Karolinę. Wywieźli ją na Sybir Krasnojarski.

To był czas największej próby dla rodzeństwa. Najstarsza siostra, Stefania, przejęła rolę matki, opiekując się nawet najmłodszym Józiem, który miał wtedy zaledwie trzy lata. Babcia wspomina ten okres jako czas wielkiego głodu, kiedy to jedynym pożywieniem bywała zupa z pokrzywy czy buraków pastewnych. Aby przetrwać, dzieci zbierały na bagnach żurawinę. To właśnie w tych trudnych latach, pracując jako nastolatka w tartaku, Babcia ukształtowała swój niezłomny charakter.

Mama Karolina wróciła po roku, jak skończyła się wojna. Wróciła pociągiem towarowym, biedna, głodna i z ogoloną głową.

Wielka wędrówka i nowosolskie początki

Napięcia w Ukrainie po wojnie były straszne i śmiertelnie niebezpieczne. Dlatego w obawie o utratę życia ze strony ukraińskich nacjonalistów, rodzina zdecydowała się na wyjazd do Polski.

1 kwietnia 1946 roku, mając 20 lat, Babcia z rodziną wyruszyła więc w nieznane. Nie wiedzieli gdzie trafią. Podróż odbywała się w wagonie bydlęcym, w którym podróżowali razem z krową i zapasem siana. Jubilatka pamięta strach, gdy rosyjscy żołnierze przebijali to siano pikami, szukając ukrytych pasażerów.

Podróż trwała blisko miesiąc. Trafili na Pomorze, do Trzebiatowa, w Święta Wielkanocne. To był ich pierwszy przystanek w Polsce. Choć do morza bałtyckiego mieli kilka kilometrów, to nie był czas na wypoczynek, Babcia nad morze trafiła po raz pierwszy dopiero kilkadziesiąt lat później.

W Trzebiatowie dostali przydział do Niemca. Ten przyniósł im kołdry i poduszki do spania. Taki był początek ich nowego życia.

Jednak dzięki namowom kuzyna mamy, Stacha Różyckiego, ostatecznie przenieśli się do Nowej Soli. Wydarzyło się to rok po przyjeździe do kraju. Początek nowosolskiej historii to więc wiosna 1947 roku, kiedy Janina miała 21 lat.

Do rodziny dołączył też powracający z Anglii z wojennej zawieruchy wyczekiwany tata Rudolf. Wrócił na Boże Narodzenie, w grudniu 1947 r. Rodzina pierwszy wspólny dom miała na ulicy Zamiejskiej, na Pleszówku, gdzie Babcia zaczęła zapuszczać nowe, spokojniejsze korzenie. Tata odnalazł bliskich dzięki listom i pomocy rodziny. Rudolf to wielki Polski bohater. Został nagrodzony orderem virtuti militari. Gdyby ścignął swoją rodzinę do siebie, dziś bylibyśmy… Anglikami.

Miłość silniejsza niż wojna: Janina i Zenek

Historia wielkiej młodzieńczej miłości Babci Janiny i jej męża – Dziadka Zenka Romanczukiewicza zaczęła się jeszcze w Dolinie, gdzie mieszkali zaledwie cztery domy od siebie. Choć chodzili do tej samej klasy, uczucie zrodziło się później, gdy spotykali się na spacerach, a Zenek musiał czasem konkurować o Jankę z innymi chłopakami pracującymi z Babcią w tartaku. Zenek był niezwykle oddany – aby być z Babcią Janiną, dołączył do transportu jadącego do Polski. Zostawił wszystko. Miał tylko to co miał na sobie. Wybrał Jankę.

Pobrali się po 2 i pół roku pobytu w Nowej Soli, 9 października 1949 roku w kościele św. Michała w Nowej Soli. Kościół stoi do dziś. Babcia szła do ołtarza w wyjątkowej białej sukni, uszytej z materiału, który jej ojciec przywiózł specjalnie z Anglii. Ta suknia stała się legendarną rodzinną relikwią – w kolejnych latach pożyczały ją inne panny młode, wcześniej siostra Stefania, potem inne krewne, co czyniło ją symbolem rodzinnej więzi. Razem z Zenkiem budowali wspólne życie, przechodząc przez kolejne etapy: od wynajmowanego pokoju u siostry, przez mieszkanie na ul. Chrobrego, aż po dom, w którym Babcia mieszka do dziś, przy ul. Zielonogórskiej. Wszystkie te domy były na osiedlu Pleszówek, tam gdzie do dziś mieszka większość nowosolskiej rodziny.

Życie wypełnione pracą i domem

W Nowej Soli Babcia nie stroniła od pracy zawodowej. Przez kilka lat pracowała w Dozamecie przy obróbce wałków do kuli – była to tajna produkcja zbrojeniowa, o której w tamtych czasach nikt głośno nie mówił. Później pracowała w Fabryce Nici „Odra”, gdzie na kołowrotkach nawijała nici na szpulki. Do dziś wspomina surowego majstra, który ze względów bezpieczeństwa kazał zdejmować biżuterię, by maszyny nie wciągnęły palców. Jej ostatnią pracą przed odejściem na emeryturę była praca portierki w zakładzie pod nazwą „Stal”.

Wspólnie z Zenkiem, który był spawaczem w Dozamecie, doczekali się pięciorga dzieci: Romki, Krysi, Heli, Reni i Marka.

Życie rodzinne wypełnione było troską o ich przyszłość i edukację, choć los nie oszczędził im wielkiej tragedii. W 1960 roku, zmarła ich siedmioletnia córeczka Krysia. To bolesne wspomnienie Babcia nosi w sercu do dziś. W domu w zaszczytnym miejscu wciąż wisi portret młodej Krysi.

Złoto, milicja i spryt babci Janiny

Życie z Dziadkiem Zenkiem nigdy nie było nudne. W latach 60’ Zenek zaczął na szerszą skalę zajmować się handlem złotem, zegarkami i walutą, jeżdżąc po okolicy swoim czarnym rowerem marki „Ukraina”. Niestety, Dziadek musiał spędzić rok w więzieniu w Zielonej Górze za ten nielegalny handel. Babcia wiernie na niego czekała, odwiedzając go na widzeniach i dbając o to, by dom funkcjonował bez przeszkód.

Oczywiście miłości do złota i pokerka, Zenek nie porzucił nigdy.

Dziadek po wyjściu z aresztu dzierżawił aleje czereśniowe, aby zarobić na życie. Jeździł tam motocyklem. Zenek uwielbiał motory.

Najął się potem w Dozamecie. To tam uległ poważnemu wypadkowi. Został uderzony w głowę, uszkodził kręgosłup. Musiał porzucić ciężką pracę w fabryce.

Wrócił do złota. I to z nim wiąże się jedna z najbardziej niesamowitych anegdot rodzinnych. Podczas jednej z rewizji, podejrzewając Zenka o niedozwolony wówczas handel, milicja przeszukiwała całe mieszkanie, zaglądając pod łóżka i do szaf. Babcia wykazała się wtedy zimną krwią i sprytem – milicjanci nie zajrzeli do piwnicy, ponieważ uwierzyli, że są tam tylko ziemniaki. Tymczasem to właśnie w piwnicy ukryte było całe złoto, którego funkcjonariusze nigdy nie odnaleźli.

Złota jesień i mądrość jubilatki

Choć Dziadek Zenek odszedł w 1999 roku, Babcia Janina niesie ich wspólną historię dalej, ciesząc się szacunkiem dzieci, wnuków i prawnuków. Dziadek naprawdę do dziś tkwi w sercach bliskich. Bo to nie tylko młodzieńcza miłość Babci, ale miłość całej naszej rodziny.

Przez ponad 20 lat wiernym towarzyszem Babci był serial „Moda na sukces”.A kiedy Zenko czytał Harlequiny, Janka oglądała westerny, jak słynną „Bonanzę”, a później Strażnika Texasu.

Jubilatka zachowała trzeźwość umysłu i wyraziste poglądy na świat – do dziś krytycznie ocenia polityków i z nostalgią wspomina czasy, gdy jedzenie nie było tak „sztuczne” jak dzisiaj.

Dziś Babcia pomimo okrutnie ciężkiego losu jest osobą niezwykle pogodną. Potraf dać w nosa wnukowi, który nie odwiedza Jej wystarczająco – dla Niej – często. Interesuje Ją wszystko co dzieje się u każdego z nas.

Zawsze ma dla nas dobrą radę. Ma też niesamowite wyczucie i zawsze nam pozostawia przestrzeń do życia i decyzji.

Wnuki w wywiadzie zapytały Babcię o receptę na długie życie? Babcia mówi prosto: była szczęśliwa dopóki miała męża Zenka. A teraz jej największą radością są dzieci, wnuki i prawnuki. Babcia doczekała się 14 wnucząt oraz 14 prawnucząt. Z dziećmi jest ich łącznie ponad 30.

Swoim prawnukom przekazuje najważniejszą lekcję, jaką wyciągnęła ze swojego stulecia: (uwaga) by żyli szczęśliwie i nigdy nie zaznali okrucieństwa wojny, którą ona sama tak boleśnie przeżyła.

Metafora

Życie Babci Janiny Romanczukiewicz jest jak materiał na suknię ślubną przywieziony z dalekiej Anglii: choć musiał pokonać tysiące kilometrów, przetrwać wojenne pożary i wielką tułaczkę, pozostał szlachetny i mocny, stając się fundamentem dla najpiękniejszych chwil w życiu całej naszej rodziny. To historia o tym, że nawet najtrudniejsza droga może prowadzić do pięknego i godnego celu, jeśli idzie się nią z miłością i odwagą.