– Wydarzenie spełnia swoją rolę. Łączy wierzących i niewierzących. Kibiców i zawodników, mniej i bardziej usportowionych, bo startują zarówno regularnie trenujący, jak i tacy, którzy zaliczają trasę marszobiegiem. Nie pytamy, kim jesteś. Każdy może u nas wystartować – podkreśla Jarosław Chróściel, członek grupy, która organizuje m.in. wraz z parafią pw. św. Antoniego wielkanocny Bieg do Pustego Grobu, który 6 kwietnia odbędzie się już po raz 12.
Artur Lawrenc: Przypomnij, kto tę historię zapoczątkował i kiedy Ty stałeś się jej częścią.
Jarek Chróściel: Początek znam tylko z opowieści. Twórcą BdPG jest oczywiście ojciec Grzegorz Marszałkowski, zapalony maratończyk, który swój pomysł konsultował z Zenkiem Sznajderem, miejscową legendą biegania. Ja o imprezie dowiedziałem się, gdy G. Marszałkowski w styczniu przyszedł do mojej rodziny z kolędą i zachęcał, żebyśmy też się zapisali. Żona faktycznie pobiegła. Przy drugiej edycji było podobnie, a kiedy zbliżała się trzecia, Grzegorz namówił mnie, żebym dołączył do grona organizatorów, bo on opuszczał wtedy parafię. Ktoś musiał formalnie pełnić rolę „dyrektora” biegu, padło na mnie, natomiast na szczęście był też wśród nas już wtedy Romek Fedorczak.
Z jakimi największymi wyzwaniami się mierzyliście?
Zaskakiwało mnie, jak z roku na rok dynamicznie rosła frekwencja i musieliśmy składać dodatkowe zamówienia np. na medale i gadżety. Ludzie dzwonili, prosili, aby zwiększać limit zgłoszeń.
Zderzeniem organizacyjnym jest opracowanie ogromu dokumentacji, uzyskiwanie wszelkich zgód, pozwoleń. Bieg ulicami miasta wymaga pozytywnych opinii m.in. od komendy wojewódzkiej policji, zarządców dróg itd. Bez opasłego projektu org. ruchu nie jest to możliwe. Uczyliśmy się tego na żywym organizmie, a wielka jest tu zasługa Romka, bo jako rozpoznawalna postać w mieście wziął to na siebie.
Masa pozytywnych opinii zwrotnych nas nakręca, ale nie ma co ukrywać, wysiłek jest naprawdę duży. Robimy to wolontarystycznie, nie zarabiamy na tym złotówki, nie płacimy pomagającym nam, a tylko wykonawcom niezbędnych usług.
Na przestrzeni lat zdarzały się jakieś trudne do przewidzenia okoliczności?
Niepokój dotyczy tych kwestii, które nie zależą od nas, a od wykonawców usług, np. czy wszystko dotrze do nas na czas. Są historie losowe, wśród których największym była oczywiście pandemia. Cała Polska została zamknięta w połowie marca 2020 r., niedługo przed świętami. Trudno było ludziom wytłumaczyć, że biegu nie będzie. Na drugim miejscu jest zeszłoroczny wypadek na wiadukcie, który opóźnił mocno rozpoczęcie imprezy.
Dzień po biegu już myślicie o kolejnej imprezie?
Dzień, dwa po imprezie, zawsze mam dość i mówię „nigdy więcej”. Żyje się tym już od niedzieli, kiedy otwieramy biuro zawodów, a w poniedziałek zaczynam od około godz. 6.00 od wyjazdu z Pawłem Grygorowiczem na malowanie strzałek i napisów na trasie. Natomiast takie podsumowanie danej edycji, wyliczenie tego, co ewentualnie jest do poprawki, odbywa się zawsze, jak już emocje opadną, dwa lub trzy tygodnie później. Na zimno wracamy do tematu w październiku i listopadzie. Ustalamy pewne założenia i każdy idzie do swoich obowiązków. Nie dzielimy zadań, bo od lat każdy wie, za jakie poletko odpowiada. Jest nas pięcioro plus brat Mateusz Kaczorowski z ramienia parafii. Wspólnie rozmawiamy np. o gadżetach, limitach, natomiast jeśli chodzi o sprawy zasadnicze, to każdy wie, za co odpowiada. Przykładowo Romek zajmuje się zgodami i pieniędzmi od miasta i powiatu, ja projektami i promocją, Aneta Gembiak biurem zawodów, Jarek Kręc kontaktami z policją i wolontariuszami, a Asia Konstanciak ma jeszcze inne zadania. Podział obowiązków się wykrystalizował i się sprawdza.
Przy okazji ogromnie dziękuję w naszym imieniu wszystkim wolontariuszom, którzy nam pomagają, zabezpieczającym trasę, ludziom z OSP, różnych organizacji, szkół itd.
O tym, że spisujecie się bardzo dobrze, świadczy choćby wspomniana frekwencja, która w rekordowych latach 2016-2017 sięgała dwukrotnie ponad 900 osób, a średnio wynosi ok. 680 biegaczy.
To najlepsze liczby biegowe w woj. lubuskim, natomiast tamte rekordowe edycje pamiętamy nie tylko przez pryzmat sukcesu, ale też żalu, jaki w nas do dziś został, że byli jeszcze kolejni chętni, Nowosolanie, którym byliśmy zmuszeni odmówić dopisania do listy w dniu biegu. Nie było już pakietów startowych.
Co waszym zdaniem decyduje o sukcesie BdPG?
Jest kilka rzeczy, począwszy od trasy i momentu jego rozgrywania. W święta ludzie mają czas dla siebie, spotkań rodzinnych, co znajduje swoje odbicie czy to w uczestnictwie, czy kibicowaniu. Trasa biegnie przez wiele dzielnic miasta, od kościoła do kościoła i to też wpływa na synergię biegnących z kibicami, buduje atmosferę. Strefy kibiców są niemal na każdym kilometrze. Innych wydarzeń tego rodzaju w święta nie ma. Wśród zawodników i kibiców ciągle pojawiają się nowe osoby.
Zawsze jest wielu biegaczy z kraju. Osoby z Poznania czy Wrocławia to nawet nie są najbardziej jaskrawe przypadki, bo był np. facet, który w dniu zawodów na stopa przyjechał tu z Warszawy. Dotarł, pobiegł i przy okazji naszej ceremonii finałowej pierwszy raz od 20 lat wszedł do kościoła. Był starszy pan, który pociągiem dojechał tu tylko na bieg z Jasła (woj. podkarpackie, dop. red.) i po imprezie od razu wracał. Były osoby z zagranicy, zdarza się, że startują goście przyjeżdżający tu na święta.
Ile osób wzięło udział we wszystkich edycjach?
Na pewno kilkanaście, np. Tomek Tycner i Daniel Kołtun. Nie jest łatwo mieć 100 proc. frekwencję, bo zawsze może coś się w życiu wydarzyć. Tak na marginesie, wiemy, że nie będzie z nami w tym roku trzykrotnego zwycięzcy Jacka Stadnika. Z bólem serca poinformował nas, że nie może przyjechać, co pokazuje, że BdPG jest dla niego ważny. Przed laty to były jego pierwsze zawody.
Dla mnie w 2015 r. to też był pierwszy bieg, natomiast wrócimy do was, do punktu kulminacyjnego. Jak wygląda ten świąteczny weekend, ile jest stresu i kiedy on puszcza?
Przygotowania bezpośrednie zaczynają się w Wielki Czwartek od pracy w biurze zawodów, które otwieramy dla ludzi w niedzielę i gdzie jesteśmy do wieczora. Dla mnie mocno energetycznym momentem jest wspomniane wcześniej poniedziałkowe malowanie trasy z Pawłem. Wtedy czuję, że już się zaczyna. Dalej jest ciąg pracy zadaniowej. Pojawiają się ludzie, których trzeba pokierować, powstaje strefa startu, mety. Czuć odpowiedzialność. Przyjemny moment zaczyna się, jak pojawiają się pierwsi zawodnicy na mecie, a napięcie wraca, gdy przenosimy się do kościoła i przygotowujemy ceremonię wręczenia nagród, co musi odbyć się sprawnie. Po niej zostaje nam upewnić się, czy np. strefa mety została uprzątnięta przez MOSiR i zaczynamy czuć, jak jesteśmy zmęczeni przede wszystkim emocjonalnie. Do sprzątania reszty wracamy we wtorek rano. W zeszłym roku śmialiśmy się z Anetą, że pierwszy raz mieliśmy moment na to, aby zjeść zupę. 20 tysięcy kroków robionych na odcinku kościół, meta i szkoła. I jeszcze jedno – w moim przypadku dochodzi na gorąco wieczorem praca przy zdjęciach, co znów powoduje powrót emocji.
Czy formuła BdPG jest zamknięta, czy macie chęć coś w niej modyfikować?
Nie ma takich pomysłów. Jakieś usprawnienia, tak, ale z uwagi na brak komercyjnego charakteru, konieczność mieszczenia się w określonych kosztach, limitach i nasze społeczne w to zaangażowanie, to rewolucji nie planujemy. Najważniejsza jest atmosfera i ludzie, a to jest.
Po zakończeniu zapisów elektronicznych na liście startowej 12. edycji jest dziś prawie 700 osób. Czy na ostatnią chwilę w biurze zawodów będzie można się jeszcze dopisać?
Tak, zapewniliśmy kilkadziesiąt dodatkowych pakietów startowych, które będą dostępne w niedzielę od godz. 18.00 w salce parafialnej naprzeciwko kościoła pw. św. Antoniego. Czy jakieś zostaną na poniedziałek, trudno powiedzieć.
Dziękuję i do zobaczenia na biegu.











