– Kolarstwo to piękny sport, w którym można zostać kimś pokroju Mai Włoszczowskiej, Michała Kwiatkowskiego, ale też można po prostu cieszyć się nim całe życie bez ścigania się. Ja jeżdżę już 35 lat i mam nadzieję, że drugie tyle przede mną – mówi trener Rafał Nowak, szef UKS Peletonu Nowa Sól
Artur Lawrenc: Zakładam, że UKS Peleton ma swoje korzenie w Twojej miłości do kolarstwa. Jak to się zaczęło?
Rafał Nowak: Gdy byłem dzieckiem, tata jeździł na kolarzówce Huragan. Miał też motocykl Simsona. Jak byłem już trochę starszy, zapytał mnie i mojego młodszego brata, który z tych pojazdów byśmy woleli. Miałem pierwszeństwo wyboru i bez wahania wskazałem na rower. I tak, mając 14, zacząłem jeździć. Początkowo sam, a następnie w klubie Trasa Zielona Góra. Przez krótki czas na zbiórki dowoził mnie tata, potem już wsiadałem na rower i robiłem w każdą stronę dodatkowe 25 km. Trener powtarzał: „Tak czy owak, zawsze Nowak”. Chłopaki, którzy mieszkali kilkaset metrów obok, potrafili się nie pojawiać, a ja byłem zawsze. Nie byłem najlepszy, ale wyróżniałem się regularnością i dyscypliną. W klubie przeszedłem wszystkie kategorie wiekowe aż do 20. roku życia, kiedy studia na chwilę przerwały moje trenowanie. Jeśli jako junior nie trafiasz do zespołu przynajmniej półzawodowego, to już zostaje ci tylko amatorska jazda.
Są sukcesy, które warto wspomnieć?
Często wygrywałem i stawałem na podium małych lokalnych wyścigów, których dziś już nie ma, bo zostały same imprezy rangi Pucharu Polski, co sprawia, że moich kolarzy muszę od razu rzucać na głęboką wodę. Ja mogłem na szosie ścigać się co tydzień. W klubie w jednej kat. wiekowej było nas kilkunastu i zawsze ktoś dojeżdżał wysoko. Ktoś był lepszym sprinterem, inny sprawdzał się jako góral. Ja wyróżniałem się w jeździe na czas i po średnich górkach. Byłem w drużynie, która zajęła 7. miejsce w Mistrzostwach Polski w jeździe na czas, zajmowałem lokaty w pierwszej „10” Pucharu Polski.
Kiedy narodził się UKS Peleton?
Na trzecim roku studiów. Pojawiła się możliwość zakładania uczniowskich klubów sportowych. Wystarczyło zgłosić stowarzyszenie do starostwa. Nabór ogłosiłem po szkołach. Na pierwsze spotkanie przyszło sześciu chłopaków. Dokładnie 20 maja 2002 roku się zaczęło. Kolejni zawodnicy zgłaszali się sami, pojawiła się pierwsza dziewczyna. Długo naszą siedzibą było Gimnazjum nr 2, a po jego likwidacji przeniosłem Peleton do „Baczyńskiego”.
Na przestrzeni tych 24 lat był taki czas, gdy zainteresowanie kolarstwem było wyjątkowo duże?
Nie, zresztą to byłoby trudne do ogarnięcia. Dziś jest ze mną też instruktor Paweł Stec, ale niemal zawsze byłem tu sam, a dla bezpieczeństwa większy peleton musiałby poruszać się po ulicach w grupach. Także zawsze jest u nas między 10 a 15 kolarzy. Dyscyplina nie jest ani łatwa, ani tania. Wymaga wytrzymałości, dyscypliny, sprzętu i techniki jazdy. Ktoś może być wytrzymały i silny, ale bez techniki nie wygra, bo np. będzie się bał jechać w peletonie, albo będzie zwalniał na zjazdach. Drugiego Pogacara, który odrywałby się od stawki i jechał sam do mety, nigdy u nas nie było. Największy talent w UKS Peletonie miała Agata Drozdek. Miała wszystko, żeby być zawodową kolarką i jeździć w największych wyścigach. M.in. na olimpiadzie młodzieży zdobyła brąz w jeździe na czas i trafiła do klubu Ziemia Darłowska. I w pierwszym i drugim roku juniorek została mistrzynią Polski w jeździe na czas. Miała brązowy medal mistrzostw Europy na torze i mogła pojechać na Igrzyska w Rio. Zaskoczyła trenerów kadry i klub swoją rezygnacją z kolarstwa.
Dobre wyniki miał Rafał, brat Agaty. Grzegorz Bem, Łukasz Wilczyński, Michał Adam. Rafał radził sobie w górach, ale długo przełamywał się do szybkiej jazdy w peletonie. Michał i Łukasz na Pucharach Polski zajmowali miejsca w dziesiątce. Michał zakwalifikował się na Mistrzostwa Polski, jechał w czołówce i miał szansę na medal, ale pechowo na bruku przed ostatnią prostą spadł mu łańcuch. Mieliśmy ludzi, którzy coś znaczyli w polskim kolarstwie. W ubiegłym roku był u nas Paweł Rabcewicz, ale przeszedł do Trasy. Od likwidacji gimnazjów mam kontakt ze starszymi niż wcześniej dzieciakami. Zanim ktoś się przekona do tego sportu, to jest już drugorocznym juniorem młodszym, czyli startuje w wyścigach pod 80 km na szosie. Nie ma tego doświadczenia, co ja, z małych wyścigów, nie przeszedł kategorii żaka i młodzika. Minimalny wiek, by dołączyć, to 11 lat, ponieważ wtedy można już mieć kartę rowerową. Trenujemy na drogach publicznych, odprowadzamy z treningu do granic miasta i dalej taki zawodnik do domu jedzie już sam.
Na czym polega trening kolarski i budowanie uniwersalnych zawodników?
Po pierwsze jazda w grupie, żeby oswoić się z bliskością drugiego zawodnika, jazdą ramię w ramię bez zbędnych ruchów grożących wywróceniem pozostałych. Dalej jazda za kimś, od dwóch metrów na początku do zaledwie kilka centymetrów na późniejszym etapie. Potem są wyścigi, bo nawet najgorszy start to najlepszy trening. Na treningach starsi i mocniejsi zawsze czekają na pozostałych. Ćwiczymy jazdę na czas, wyjeżdżamy w góry. Od 14 lat jeździmy na obozy do Włoch, bo pogoda w marcu w Polsce nie ułatwia przygotowań. W Toskanii pofałdowany teren jest idealny: długie łagodne podjazdy i kilometrowe ścianki o nachyleniu 20 proc. To uczy jazdy w górę i szybkiego zjeżdżania, oswaja ze strachem. Szczupli lepiej sobie radzą w górach. Lepiej zbudowani i wysocy na klasycznych wyścigach, umięśnieni mogą być sprinterami. W UKS Peleton jeździmy po szosach i w górach. Praktycznie każdy nowy w klubie przychodzi z rowerem górskim, a do szosówki muszę ich przekonywać. Technikę jazdy górskiej ćwiczymy raz w tygodniu choćby w Bobrownikach lub podczas startów w seriach, jak wcześniej MTB Kaczmarek, a teraz Liga Zachodnia. Zimą dochodzą trenażery i siłownia. W temperaturze od zera do kilku stopni w weekend i tak wyjeżdża się na 50-100 km. Są marszobiegi lub truchtanie od 5 do 10 km. Na siłowni wzmacniamy nogi, plecy, klatkę, ręce i mięśnie brzucha.
Czy klub ma jakieś możliwości wsparcia sprzętowego, szczególnie nowych członków?
Na samym początku na pewno trzeba mieć swój rower i kask. To podstawa – obok zgody rodziców i lekarza sportowego. W UKS’ie mamy 10-12 rowerów klubowych, natomiast nie są to rowery najwyższej klasy. Przydziela się je na jeden sezon. Gdy ktoś się wkręci, to już sam wie, że potrzebuje czegoś lepszego i wtedy bez pomocy rodzica się nie obejdzie. Z naszego budżetu stać by nas było na zaledwie dwa dobre rowery dla juniora (każdy za ok. 20 tys. zł), ale na to nie możemy sobie pozwolić. Nowi dostają od klubu pierwszy kompletny strój.
Dlaczego kolarstwo jest piękną przygodą, której warto dać szansę?
Daje szansę poznawania i zwiedzania pięknych miejsc. Wzmacnia kondycję, ogólnie zdrowie. Tak, to ciężki sport, ale wielka przygoda. Dziwi mnie, że jesteśmy Rowerową Stolicą Polski, a zainteresowanie kolarstwem w Nowej Soli jest niewielkie. Często ktoś po tygodniu czy dwóch rezygnuje, gdy zobaczy, że to nie jest rekreacyjna krótka jazda, że wymagana jest regularność. To piękny sport, w którym można zostać kimś pokroju Mai Włoszczowskiej, Michała Kwiatkowskiego, ale też można po prostu cieszyć się nim całe życie bez ścigania się. Ja jeżdżę już 35 lat i mam nadzieję, że drugie tyle przede mną. Można jeździć samemu lub z przyjaciółmi. Na początku kariery to sport indywidualny. Później decydująca jest drużyna, ale i w niej nie każdy musi wygrywać, żeby było to satysfakcjonujące.














