To fundamenty, bez których żadne z noworocznych postanowień nie będzie miało szansy się zmaterializować. I właśnie to jest punktem wyjścia do naszej rozmowy z dietetyk Justyną Juchniewicz-Pogorzelską, do której teraz zgłasza się mnóstwo osób chcących poprawić swoje zdrowie
Czy Ty robiłaś sobie kiedyś postanowienia noworoczne?
Justyna Juchniewicz-Pogorzelska: Nigdy, jestem z tych poukładanych, zawsze mam realistyczne cele, które jak wizytę u lekarza, wpisuję sobie do kalendarza wtedy, kiedy jest to potrzebne. Natomiast to nie jest tak, że nie widzę sensu w takich postanowieniach. One też po prostu muszą mieć realne szansę na realizację, czyli odpowiadać stylowi życia danej osoby. Zbyt wygórowane szybko skończą się zniechęceniem. Nie zakładajmy, że np. od teraz będziemy wychodzić na trening codziennie, bo na początku już co drugi dzień to będzie dużo. Powoli, krok po kroku, planując i monitorując małe postępy – to daje pewność siebie i motywację, żeby robić to dalej.
Na przełomie roku rośnie liczba osób chcących coś zmienić w swoim życiu. Jak oni sami określają swój problem i czego oczekują?
Przede wszystkim chcą zmiany samopoczucia. Źle się czują, brak im energii, źle śpią, mają inne kłopoty ze zdrowiem. Niektórych kierują do mnie lekarze. Chcą zmienić dietę i być aktywni fizycznie. Inni już korzystają z np. trenerów personalnych, ale wciąż mają problemy z masą ciała, bo ćwicząc siłowo niewiele spalają, a do tego budują masę mięśniową. Trenerzy personalni nie patrzą na człowieka całościowo, nie robią wywiadu o zdrowiu i często ktoś potem robi treningi, które nie są aktualnie dla niego, np. zamiast aktywności na niskim tętnie doprowadza do notorycznego skoku kortyzolu i skutki są odwrotne od zamierzonych. Osobną kategorią są sportowcy i nastolatki. U tych pierwszych zawsze chodzi o poprawę wyników poprzez dodanie diety. Niektórym waga rośnie, bo trening nie niweluje tego, że w diecie jest za dużo prostych węglowodanów, a za mało białka. Ktoś inny nie ma wyników, bo z kolei je zdecydowanie za mało. To częsty przypadek u młodych sportowców pokazujący, że edukować w pierwszej kolejności trzeba nie tego młodego człowieka, a jego rodziców. Problem jest na tym polu duży. Jak przychodzę do szkół z podankami o zdrowym żywieniu, jestem przerażona zawartością śniadaniówek, w których jest np. drożdżówka jako jedyny posiłek na wszystkie lekcje plus zajęcia po szkole, albo sucha bułka z kabanosem. Do tego nastolatki piją kawę z automatów, więc pozornie funkcjonują aż do momentu, gdy na wierzch wychodzi brak sił na lekcje i trening. Rodzice mówią, że nie mają czasu na gotowanie, ale to wymówka. Prostych, szybkich sposobów na pełnowartościowy posiłek z kilku składników jest ogrom.
W wielkim skrócie, ale czego najbardziej brakuje w tych złych posiłkach?
Nie ma warzyw, odpowiedniej ilości białka. Nie ma zdrowych, naturalnych, nieutwardzanych tłuszczy, jak masło klarowane czy oliwa z oliwek. Jest za to mnóstwo żywności przetworzonej, pełnej ulepszaczy i konserwantów, które źle wpływają m.in. na jelita. Zalecam jogurty naturalne, bogate w struktury bakterii, nie na bazie mleka w proszku. Nie polecam z kolei pasteryzowanego mleka z marketów. Mięso warto kupować od niedużych hodowców, do których dostęp wcale nie jest taki trudny. Czytajmy etykiety i bierzmy to, co ma minimalny skład, np. chleb z zakwasem, wodą i solą, bez całej listy innych dodatków, jak choćby cukier.
Ok, to mimo wszystko dla wielu będzie brzmieć jak wyzwanie, a przecież w markecie też znajdą rzeczy zdrowe. Przy których regałach powinni się zatrzymywać na dłużej, a przy których przeciwnie?
Na pewno należy omijać te ze słodyczami. Tak samo tzw. produkty proteinowe, bo to przetworzona żywność z dodatkiem np. karagenu. Potrzebujesz białka, weź prosty jogurt naturalny, ewentualnie jak naprawdę potrzebujesz, dodaj do niego odżywkę białkową. Nie smakuje? Są owoce i warzywa, także mrożone i można łączyć to w postaci koktajli. Jeśli są problemy z przyswajaniem pszenicy, można kupić mąkę bezglutenową do wypieków zamiast gotowego bezglutenowego chleba z barwnikami i konserwantami. Kasza gryczana, jaglana, odpowiedni ryż czy makaron. Pełnowartościowy posiłek zrobimy z kilku składników, typu kasza, warzywa i kawałek indyka (to lepszy wybór niż kurczak). I strączki, nie każdemu służą, jednak mogą w kontekście białka zastąpić mięso, ale trzeba wtedy pamiętać o suplementacji witamin z grupy B i żelaza.
Dlaczego dla wielu osób zmiana zaczyna i kończy się na noworocznym postanowieniu, do którego stosują się najwyżej kilka tygodni?
Są niecierpliwi i oczekują natychmiastowych efektów. 20-30 kg nadwagi nie pozbędziemy się w miesiąc. Trzeba się przygotować na długotrwały proces. Inna sprawa, jak ktoś pali, pije alkohol, to dla poprawy zdrowia wprowadzanie diety nie ma sensu jeśli nie pozbędziemy się najpierw nałogów. Po tym możemy ustalić indywidualny plan żywieniowy. Nie jestem lekarzem, ale potrafię interpretować wyniki i są one podstawą dla określenia strategii. Jestem dla klientów pod telefonem, bo potrzebują się doradzić, gdy nie radzą sobie z presją otoczenia. Np. dostaję taką wiadomość „co mam zrobić, idą święta, te wszystkie wigilie, wszędzie będzie alkohol, nie dam rady…”. Odradzam uczestnictwo, uczulam, żeby odmawiać. Bez silnej woli, asertywności, nie da się wytrwać. Gdy wiele zostało już wypracowane, nie można tego zaprzepaścić. Otoczenie powinno to uszanować, ale oczywiście bywa różnie.
Jesteś więc nie tylko dietetykiem, ale i psychologiem.
Tak, skończyłam psychodietetykę. Zaczynając pracę z daną osobą wysłuchuję jej historii, szukam podłoża problemów, stresu, za którymi stoją np. praca, nieporozumienia rodzinne. Ten stres wychodzi też podczas analizy składu ciała. Czasem ktoś pozornie funkcjonuje zdrowo, bo cały czas jest bardzo aktywny fizycznie, ale to też powoduje wystrzał kortyzolu, który w nadmiarze przynosi odwrotny skutek od zamierzonego. Trenowanie na luzie, bez presji, że muszę coś wykonać, ze zbyt małym czasem na regenerację, na pewno jest prostsze dla utrzymania równowagi.
Więcej jest klientów odnoszących sukces czy wracających do punktu wyjścia?
Łatwiej jest z mężczyznami. Dostają wytyczne i po prosto to robią. Kobiety mają wiele pytań, wątpliwości, dopytują czy nie można inaczej. Mężczyzn cieszy mały sukces, np. że znów mieści się w kamizelkę, że nie ma zadyszki wchodząc na czwarte piętro. Kobiety skupiają się na wyglądzie i oczekują, że ktoś zauważy zmianę. Facetowi nie trzeba mówić „widzę, że schudłeś”. Kobieta czeka, aż ktoś zauważy i słysząc to jest zmotywowana trwać w swoim postanowieniu.
A co Ciebie motywuje i satysfakcjonuje w pracy?
Gdy osoba powie, że poczuła się lepiej. Gdy ktoś przestaje się budzić w nocy, nie je słodyczy, ma więcej energii w pracy. Niekoniecznie chodzi o to, że ktoś musi zgubić 10 czy 20 kg, bo masa ciała to nie zawsze wyznacznik. Istotniejszy jest skład ciała, proporcje tkanki tłuszczowej do mięśni. Nie zawsze szczupły oznacza automatycznie, że ma prawidłową masę. Po analizie staram się też zawsze podbudować klientów, mówią, że nie jest źle, a będzie jeszcze lepiej. Trzeba szukać pozytywów. To ułatwia motywowanie klientów.











