– Nie pracowałem z dziećmi wcześniej i nie miałem obok wzorca, którego mógłbym podpatrywać. Do wszystkiego doszedłem sam nabywając wiedzę z różnych źródeł i na pewno popełniłem swoje błędy, do czego przyznaję się przed zawodnikami – mówi były maratończyk i lider lekkoatletycznego klubu Adam Draczyński Running Team

Pytanie na rozgrzewkę nie może być inne, jak to, czy trener aktualnie coś biega, czy jest wyłącznie trenerem?

Adam Draczyński: Ostatnio z tym trudno. Z racji bycia dyrektorem od spraw imprez w Lubuskim Związku Lekkiej Atletyki trochę sobie załatwiłem kręgosłup tym organizowaniem, czyli… rozstawianiem scen, noszeniem barierek itd. Przepuklinę kręgosłupa mam od 2011 roku, ale od prawie dwóch miesięcy zdrowie bardziej szwankuje. Ale powoli wracam na dobrą drogę, więc i do biegania, dla trzymania wagi, wrócę.

Wasz klub ma już sześć lat. Co się w tym czasie najbardziej zmieniło?

Nie było wielkich zmiany, raczej kosmetyka. Najistotniejszą była moja rezygnacja z funkcji prezesa i skupienie się na roli trenera. Grzegorz Libert sprawuje się świetnie i to jemu zawdzięczamy wszystko, co mamy. Oczywiście przybyło nam zawodników, który na dziś jest osiemdziesięciu. Aktualnie wstrzymuje nas ograniczona baza sportowa. Do hal pierwszeństwo mają inne dyscypliny, więc wyjątkowo zimowa aura ostatnich tygodni szczególnie to uwydatniła. Emil Chwiałkowski zastąpił Karolinę Prucnal, która wybrała dwa trudne kierunki studiów naraz. Emil zrobił kurs instruktorski i pomaga mi i Marcinowi Sznajderowi. U Emila zajęcia to w zasadzie zabawa i przygotowanie do treningu lekkoatletycznego. Gotowi trafiają do Marcina, gdzie mają już ćwiczenie sprawności, techniki biegu, płotki, namiastkę siły biegowej. A z jego grupy ci najbardziej rokujący przechodzą do mnie i wtedy zaczyna się poważny trening z myślą o poprawie wyników. Nie wiek, a umiejętności decydują o przydziale. I tak jak można trafić do grupy zaawansowanej, tak można być cofniętym, gdy ktoś sobie nie radzi.

Jest aktualnie moda na „lekką”?

Jak tworzyłem klub często słyszałem, że po co, że nie będzie chętnych, a już na pierwszym treningu było ponad 20 osób. Działa podejście trenerów. Dzieci są uśmiechnięte, namawiają innych. Czasem musimy delikatnie hamować kolejnych chętnych, bo nie o to chodzi, żeby trener miał do 40 osób pod opieką, bo nie przypilnuje każdego, żeby dobrze wykonywał ćwiczenia, miał ładną technikę biegu.

Ta osiemdziesiątka to na dziś wasz maks?

Też nie do końca, bo na pewno chcemy każdemu dać szansę. Stąd pierwsze treningi traktujemy jako pokazowe, ponieważ wielu np. po dwóch rezygnuje. Zawsze po trzech, czterech zajęciach obserwacji rozmawiamy z rodzicem i wspólnie decydujemy, czy lekkoatletyka jest dla jego dziecka, czy niekoniecznie.

Dla wielu dzieci trening w ADRT jest pierwszym kontaktem ze sportem, czy częściej są to „spady” z innych dyscyplin?

Zupełni debiutanci zdarzali się tylko na samym początku, teraz to zdecydowanie dzieci, które trenowały już wcześniej, głównie siatkówkę lub piłkę nożną. Przychodzą często z wadami kręgosłupa, złą techniką. Bardzo dużo jest do poprawy kwestii zupełnie podstawowych i ogólnorozwojowych. I nie chodzi o miesiąc, czy dwa, ale rok i dwa lata pracy nad poprawą postawy i wydolności zanim w ogóle przejdziemy do specyficznych ćwiczeń z lekkiej z użyciem płotków czy piłek lekarskich. Czasem łapię się za głowę nie mogąc zrozumieć, jak oni trenowali w innym miejscu, że mają aż takie wady. „Naprostowanie” ich nie jest łatwe, szczególnie, że nauczyłem się, że do każdego podchodzić trzeba indywidualnie. Trener, jak księgowa, uczy się całe życie, a tym bardziej, jak w moim przypadku, gdzie ja nie pracowałem z dziećmi wcześniej i nie miałem obok wzorca, którego mógłbym podpatrywać. Do wszystkiego doszedłem sam nabywając wiedzę z różnych źródeł i na pewno popełniłem swoje błędy, do czego przyznaję się przed zawodnikami. Istotną kwestią, której musiałem się nauczyć, było np. prowadzenie dziewczyn w kontekście hormonów i okresu.

Widzisz jakieś kluczowe różnice między tym, jak ty trenowałeś w młodości, a jak ćwiczą dziś u ciebie?

Na pewno miałem szczęście do trenerów i bazy, aby przygotowywać się na dobrego zawodnika, natomiast byłem roztrzepańcem trudnym w prowadzeniu. Kiedyś klubom było łatwiej, bo mogli selekcjonować zawodników z większej grupy. Generalnie więcej garnęło się do lekkiej. Przykładowo 30 zawodników biegało to samo i naturalną selekcją kilku zawsze zrobiło z tego wynik. Teraz te pojedyncze talenty szanuje się bardziej. Metod treningu jest ogrom, ale nie każda jest dla każdego i trzeba dobierać bodźce indywidualnie. Mam taką zawodniczkę, która nie wytrzymuje treningów z pozostałymi dziewczynami, a jedzie na zawody i wygrywa z nimi lub jest tylko minimalnie z tyłu. Wie, co ma robić, słucha. Ja też cały czas modyfikuję swoje myślenie i na pewno dziś pracuję z dziećmi inaczej niż kilka lat temu.

Bycie elastycznym trenerem to zdecydowanie zaleta.

Świat się zmienia, więc i podejście trenera do zawodników musi się zmieniać. A jak popełniam błąd, przyznaję się do tego. Piszę o tym publicznie, wyjaśniam zawodnikom, że to nie ich, a moja wina. Zawsze taki byłem, również jako zawodnik niczego nie ukrywałem.

Z początkiem nowego roku warto podsumować stary. Co się u was ważniejszego wydarzyło w 2025? Kogo można wyróżnić?

Chciałbym pochwalić wszystkich zawodników, bo wszyscy poprawili swoje rekordy życiowe. Wyróżnić mogę Zuzię Hrebeniuk, która mimo przeciwności regulaminowych zrobiła brąz Mistrzostw Polski LZS. Tydzień później wygrała z lepszymi dziewczynami na Międzywojewódzkich Mistrzostwach Młodzików w Lubinie na 1000 metrów. Wiem, że zawojowałaby też Mistrzostwa Polski, ale koleżanka kopnęła ją w łydkę i Zuzia mocno upadła. Wielkie brawa, że wstała i dokończyła dystans.

Jakie są najbliższe wyzwania ADRT?

Szukanie sponsorów, bo bez nich wszystkiego nie dźwigniemy. Pomaga miasto, ale ja nie jestem za tym, żeby głównie utrzymywał nas samorząd. To nasza rola – prezesa, trenerów i rodziców, żeby dbać o budżet. I dlatego życzymy dużo zdrowia prezesowi Grzesiowi, bo pisanie, rozliczanie projektów, chodzenie po urzędach, firmach – to wszystko nie są łatwe rzeczy i cieszę się, że zajmuje się tym właśnie on. Grzegorz wykonuje świetną robotę biorąc na siebie 70-80 proc. organizacyjnych kwestii, a nam pozostaje tylko robić.

Na koniec powiedzmy kilka słów o Mistrzostwach Województwa Lubuskiego programu „Lekkoatletyka dla Każdego”, które czwarty raz (14 marca) zorganizuje na Kaczej Górce właśnie wasz klub.

Będą to mistrzostwa województwa w przełajach, bieg nadziei olimpijskich, mistrzostwa wspomnianego programu, ale i bieg otwarty, którego nie było poprzednim razem. Mamy pomysł na jedną nowość, która podniesie prestiż zawodów, ale póki nie dopniemy szczegółów, nie chciałbym dziś o tym mówić. Generalnie na imprezę zjadą z daleka zawodnicy szukający kwalifikacji do zawodów ogólnopolskich, dlatego jak zawsze będzie to dobra promocja klubu i miasta, które może być dumne, że dzieci i młodzież przyjeżdżają tutaj ścigać się w naszym pięknym terenie.