Od mieszkańców innych miast o Nowej Soli i naszej siłowni często słyszę bardzo dobre opinie. Że tu się bardzo dużo dzieje, że jest wiele klubów, że jako społeczność bronimy się przed trendem spadku aktywności fizycznej. Z pewnością mojego sukcesu by nie było, gdyby nie ludzie wokół mnie, z którymi i dla których to robię. Oni są moją siłą! – mówi Marcin Reus, szef crossfitowej siłowni CNS

Marcin urodził się i wychował w Kożuchowie. Tam, jak mówi, trafił na najlepszego nauczyciela wychowania fizycznego – Bronisława Zakrzewskiego. To on wpoił jemu i jego kolegom zamiłowanie do sportu, pokazał im różnorodność dyscyplin.

Dzięki temu już w szkole podstawowej chłopaki nabrali ochoty, żeby robić coś więcej i zaczęli tworzyć małe siłownie w piwnicach. Do etapu szkoły średniej skompletowali imponującą ilość ciężkiego sprzętu. Reus na tle grupy wyróżniał się swoją filozofią.

– Nigdy nie ćwiczyłem z myślą o muskularnej sylwetce. Intuicyjnie wiedziałem, że istotniejsze jest budowanie wszechstronnej sprawności, a wygląd traktowałem jako pozytywny, ale jednak efekt uboczny. Wiem, że dobrze wyglądam, natomiast to cechy motoryczne stawiam na pierwszy miejscu, bo można mieć duże mięśnie i nie potrafić się podciągnąć na drążku więcej jak trzy razy – mówi Marcin. – Całe życie uprawiałem crossfit, chociaż długo nie znałem tej nazwy – dodaje.

Zaczytany w branżowych gazetach M. Reus spotkał się z tym określeniem około 2010 roku. W systemie treningowym przywiezionym wtedy do Polski z USA rozpoznawał znane mu połączenie ćwiczeń gimnastycznych z siłowymi. W ciągu dwóch lat moda na crossfit rozkwitła. Pojawiły się zawody, ludzie chcieli rywalizować, wyłoniła się elita wyznaczająca standardy. Dyscyplina rosła szybko.

Ze sztangą… na polu

– W tamtym momencie wydawało mi się, że wiem o tym wszystko – mówi Marcin, który pojechał do Krakowa pierwszy raz obserwować zawody. – Otworzyły mi się oczy. Jak zobaczyłem tych gości zrozumiałem, że nie potrafię nic. Mogłem albo zostać w swoim miejscu i dalej się łudzić, albo zacząć ich gonić – wspomina.

Wybrał wariant drugi. Wrócił do Nowej Soli, zapakował pickupa sprzętem i ruszył na puste pole przy strefie ekonomicznej, gdzie mógł do woli wymachiwać w górę ciężarkami kettlebell czy sztangą. – Dobrze, że nikogo tam nie było i nie zrobiłem nikomu krzywdy spadającą sztangą – śmieje się.

Marcin zawzięcie ćwiczył, czytał, oglądał zagraniczne kanały na YouTube. Metodą prób i błędów zgłębiał crossfit. W 2013 r. wystartował w zawodach w Sobótce. Rywale wyglądali na profesjonalistów, mieli wokół siebie ekipy z fizjoterapeutami. Na Reusie zrobiło to wrażenie, ale go nie przytłoczyło. Wygrał! – Nauki pana Zakrzewskiego i lata wyrzeczeń zaprocentowały – ocenia.

Potem były kolejne sukcesy, m.in. w Poznaniu, Opolu, czy w 2015 roku w Białymstoku. – Był tam każdy, kto coś znaczył, a ja świeżo po wskoczeniu do kategorii wiekowej M35 wgrałem kontrakt i tak naprawdę dopiero się dla mnie ta owocna droga rywalizacji zaczęła – mówi.

Narodziny siłowni

W czasie pomiędzy Sobótką a Poznaniem, jakieś 30 metrów od obecnej, powstała pierwsza siedziba CNS. Pomieszczenie 4 na 4 metry. 12 chłopaków. Sami znajomi. Skromny sprzęt. Pierwszy trening w symboliczny dzień – 24 grudnia 2013 roku.

– Nie stała za tym żadna wielka idea czy plany. Po prostu chciałem ich trochę ukierunkować, żeby nie poszli w kierunku sterydów, żeby zrozumieli, że trzeba zasuwać, ale przy tym zdrowo się rozwijać – opowiada M. Reus.

Grupa dość szybko zaczęła rosnąć i potrzebowała większego miejsca. Na przestrzeni ledwie kilku lat siedziba CNS zmieniała się kilka razy. Pojawiły się grupy mieszane z dziewczynami, przewijało się coraz więcej ludzi zakręconych na punkcie crossfitu.

Jak w muzeum

Dzisiejszy CNS wyróżnia się już na pierwszy rzut oka. Wzdłuż każdej ściany zobaczymy nie tylko ogrom najróżniejszego sprzętu, ale też powycinane teksty prasowe dotyczące klubu i jego członków, masę drukowanych wielkoformatowych kolaży zdjęć podopiecznych Marcina i, jak się bliżej przyjrzeć, ręcznie powypełniane tabelki ze skrupulatnie zarchiwizowanymi schematami treningowymi. Rok po roku, miesiąc po miesiącu. To miejsce z klimatem. Z duszą. Nietuzinkowe.

– Zdarzało się, że ktoś z zewnątrz oglądał to i zbierał szczękę z podłogi, bo to trochę jak muzeum. To nasza historia, każdego, kto tu przychodzi. I nie ma w tym nic wykreowanego, czy obliczonego na efekt przeliczany na pieniądze – zaznacza Marcin znany z tego, że o stawce za treningi rozmawia dopiero po kilku sesjach. – Najpierw trzeba zobaczyć, czy to w ogóle jest dla kogoś. Pieniądze są ważne, jasne, nie jestem filantropem, bo nie mam z czego rozdawać, ale nie są najważniejsze – podkreśla.

Reus mimo uwag, że coś się nie opłaca, potrafi zainwestować w nowy sprzęt, gdy uzna, że komuś to pomoże, że sam skorzysta, że może kogoś akurat to przekona do dołączenia do CNS. Ta siłownia zdecydowanie różni się klimat od większych, typowych sal, których klienci może i mają jeszcze więcej narzędzi do dyspozycji, ale mają też… słuchawki na uszach. Po prostu wchodzą i wychodzą.

Bez obaw, dasz radę!

Po mieście czasem krążą dwie zniechęcające do CNS’u opinie. Pierwsza mówi o „poleceniach, które tam trzeba wykonywać”, a druga, że zanim tam trafisz, to najlepiej najpierw samemu się przygotować, aby nie odstawać od innych. – Bzdury – komentuje Marcin i chętnie wyjaśnia.

– Zobacz, tu mam rozpisany wczorajszy trening. Ten, który najpierw ja zrobiłem i wariant dla grupy. W zasadzie to samo, ale z istotnymi poprawkami, bo wszystko, co robię, podlega ciągłej analizie i wyciąganiu wniosków. Potrafię wizualizować efekty. Patrzę na kogoś i wiem, co i jak bezpiecznie oraz efektywnie powinien zrobić. Nie chodzi o ślepe wykonywanie poleceń, tylko o słuchaniu podpowiedzi, dzięki którym uczestnicy treningów nie robią tak samo jak ja, ale lepiej. I to ich rozwija. Krok po kroku – tłumaczy.

– Początkujących uspokajam. Zawsze zaczynamy od trwających tygodniami, tyle ile trzeba, ćwiczeń pomocniczych. Zestaw jest dopasowany do potencjału, predyspozycji i budowy ciała danej osoby. A nawet cech psychicznych. Różnorodność klientów to dowód na to, że CNS może być dla każdego – zapewnia Marcin.

I tak jak mówił o „efekcie ubocznym” w postaci poprawy wygląda, wskazuje też na jeszcze jeden. – Coraz częściej, celowo lub przy okazji, ludzie przychodzą tutaj po odpoczynek głowy. Sport stał się terapią. Takie mamy czasy – komentuje.

Siła społeczności

Wspomniana różnorodność procentuje też poza murami siłowni, gdzie ludzie z napisem CNS na bluzie czy koszulce są od lat widoczni w najróżniejszych miejscach i w wielu inicjatywach społecznych. Zawsze uśmiechnięci, zgrani, pełni pozytywnej energii.

– Zdarzały się osoby, którym mając konkretne argumenty odmówiłem wejścia do CNS. Jeśli ktoś ewidentnie nie pasował, psuł atmosferę, musiałem reagować. Dzięki temu jesteśmy dużą, fajną grupą, w której liczne rzeczy wykraczające poza trening dzieją się same. Przykładowo akcja „Milion swingów dla autyzmu”. Jest wspólny mianownik pod postacią kettlebell, a dwa lubimy się angażować. Efekt – jesteśmy w tym! Ktoś rzuca hasło „Akcja niebieski znicz”. Ok, robimy to! Nie brakuje tu kajakarzy, chcemy wspólnie coś zrobić i pokazać, że jesteśmy stąd, to pływamy w regatach smoczych łodzi. Kręcimy dla miasta w Rowerowej Stolicy Polski, uczestniczymy w konferencjach sportowych itd. – wylicza M. Reus.

Szef CNS nie ma wątpliwości, że to wszystko nie tylko integruje, ale też buduje wiedzę i cenne doświadczenia. – Ja uczę się całe życie, np. obecnie mam swoją przygodę na uczelni. Mógłbym mieć podejście w rodzaju „po co mi to?”, a zamiast tego frustruje mnie, że w tym czasie nie będę w stanie zrobić jeszcze innego kursu, bo zwyczajnie doba jest dla mnie za krótka. Pewni siebie są głupi, mądrzy są pełni wątpliwości i chcą ciągle wiedzieć więcej. Na herbatkę w fotelu jeszcze przyjdzie czas. Niewiele mi brakuje do pięćdziesiątki, a mam więcej chęci i energii niż niejeden małolat – mówi o sobie Reus.